Relatywnie niska wycena kryptowalut, spore straty od początku roku oraz wyciszenie tematu w mediach nie przeszkadzają inwestorom instytucjonalnym w lokowaniu rekordowych kwot w wirtualne waluty. Czy to znak, że ich ceny niebawem ponownie wkroczą na ścieżkę wzrostu?

Królestwo bitcoina rozciąga się na ponad połowę wartości całego rynku kryptowalut. W piątek jego wartość rynkowa względem wszystkich konkurentów wynosiła 54 proc., wg Coinmarketcap. Ostatnio królestwo jednak mocno zubożało – tylko w tym roku bitcoin stracił niemal połowę swojej wartości, a jeszcze więcej od szczytu, gdy w połowie grudnia ub.r. kosztował blisko 20 tys. dolarów. Tymczasem dziś cena jednostki to ok. 6,4 tys. dol.

Rekiny płyną na żer

Spadek ceny, jaki obserwowaliśmy w tym okresie, odzwierciedla zmniejszająca się częstotliwość wyszukiwania tematów związanych z kryptowalutami i samym bitcoinem w największej internetowej wyszukiwarce Google. Zainteresowanie inwestorów detalicznych, tych którzy właśnie w przeważającej mierze byli odpowiedzialni za astronomiczne wzrosty kryptowalut, wyraźnie opada.

Tym większe zdziwienie może wywołać fakt, że odwrotną sytuację obserwujemy wśród inwestorów instytucjonalnych, tj. dużych graczy. Jak podaje CNBC, największy fundusz inwestujący w kryptowaluty na świecie, nowojorski Greyscale Investment, notuje właśnie rekordowy napływ kapitału. Z raportu finansowego firmy wynika, że tylko w trzecim kwartale inwestycje w fundusz zwiększyły się o 81 mln dolarów, a to o 33 proc. więcej niż w poprzednim kwartale. Z tej kwoty zdecydowana większość, 70 proc., pochodziła od inwestorów instytucjonalnych, czyli m.in. funduszy hedgingowych i emerytalnych (oczywiście niepolskich).

I w tym przypadku bitcoin także królował. 73 proc. całości inwestycji w tym okresie napłynęło do produktu związanego z najpopularniejszą z kryptowalut. Greyscale zarządza już aktywami w wirtualnych walutach o łącznej wartości 1,5 miliarda dolarów. Co ciekawe, w okresie od stycznia do września br., czyli akurat w czasie gdy kryptowaluty notowały stopniowy spadek cen, do funduszu napłynęło 330 mln dol. kapitału – najwięcej w historii jego istnienia, jeżeli popatrzymy na napływ kapitału od stycznia do końca września w poprzednich latach.

Ostrożności nigdy za wiele

Wydaje się więc dosyć jasne, że cenowe spadki inwestorzy instytucjonalni postrzegają jako dobrą okazję do zwiększenia ekspozycji na kryptowaluty. To z kolei może być sygnałem, że wyczekiwany wzrost cen jest tuż za rogiem. Może, bo kryptowaluty standardowym aktywem nie są i cały czas nierozwiązane pozostają kwestie regulacyjne czy zastosowania.

A zdrowego sceptycyzmu daleko szukać nie trzeba. BlackRock, który ma pod swoja wodzą aktywa o wartości 1,5 bilionów dol., nie zamierza angażować się w kryptowaluty i uruchamiać opartego o nie funduszu ETF.

Wprawdzie Larry Fink, prezes BlackRock, nie wykluczył takiej możliwości definitywnie, ale dodał, że wszystko zależy od wprowadzenia regulacji. “Ostatecznie musiałyby być poparte przez jakiś rząd” – powiedział w wywiadzie dla CNBC. “Nie czuje tego, by jakikolwiek rząd miał na to zezwolić, jeżeli nie będzie miał pojęcia, gdzie te pieniądze płyną, w związku z unikaniem podatków czy innymi kwestiami” – dodał.

Trend napływu coraz większej ilości kapitału do największego funduszy kryptowalutowego może być pozytywnym znakiem, ale należy również zachować dawkę sceptycyzmu. Kwoty inwestowane w kryptowaluty są cały czas relatywnie niewielkie. Wspomniany największy fundusz kryptowalut na świecie jest ciągle tysiąc razy mniejszy od największego funduszu zarządzającego tradycyjnymi aktywami.

Bartosz Grejner – analityk rynkowy

Kantor wymiany walut on-line Zielona Góra

www.cinkciarz.pl